sobota, 1 listopada 2008

Święto zmarłych w różnych religiach i krajach.

LISTOPAD – UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH I DZIEŃ ZADUSZNY


1 listopada, w Uroczystość Wszystkich Świętych, oddajemy cześć tym wszystkim, którzy cieszą się już chwałą nieba, a wiec świętym, o których mówi Biblia (św. Piotr, św. Paweł), świętym uznanym przez Kościół (na przykład św. Maksymilian Kolbe, św. Faustyna Kowalska) oraz tym wszystkim świętym, których nie znamy (może to być nawet nasza babcia lub dziadek). Podczas Mszy Świętej w tym dniu kapłani używają szat liturgicznych w kolorze białym. Popołudniowe nabożeństwo na cmentarzu złączone jest już z tym, co robimy
2 listopada, z modlitwą za naszych zmarłych
i dlatego używa się szat fioletowych.
Tradycja obchodów Wszystkich Świętych sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Gdy oddawano cześć męczennikom, w III wieku, rozpowszechnił się zwyczaj przenoszenia relikwii świętych z miasta do miasta. W ten sposób chciano podkreślić, że święci są "własnością" całego Kościoła. Odwiedzanie grobów jest zwyczajem znanym niemal wszystkim ludom, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Chrześcijanie podjęli te tradycje i nadali im własny sens.

2 Listopada, we Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Dzień Zaduszny), wspominamy wszystkich zmarłych z naszych rodzin i tych, o których być może ludzie zupełnie zapomnieli. Jest to dzień, kiedy modlimy się o wieczne zbawienie dla tych, którzy wciąż jeszcze czekają na radość spotkania z Bogiem, a więc za dusze ludzi w czyśćcu, wierzymy, bowiem, że ta modlitwa pomoże im szybciej cieszyć się szczęściem przebywania z Bogiem. Tego dnia podczas liturgii używa się szat w kolorze fioletowym.

Święto to zapoczątkował św. Odilon (zm. 1048) - czwarty z kolei opat benedyktyńskiego klasztoru w Cluny we Francji, który w 998 roku polecił, by we wszystkich klasztorach tej reguły Dniem Zadusznym był 1 listopada. Stąd wywodzi się tradycja obchodzenia w Kościele katolickim Święta Zmarłych.
Z czasem władze kościelne przeniosły je na dzień 2 listopada.

CMENTARZ POWĄZKOWSKI W WARSZAWIE

Nie ma przewodnika po Warszawie, który choćby słówkiem nie wspomniałby o Cmentarzu Powązkowskim. Ta ponad 200-letnia nekropolia jest miejscem spoczynku wielu znakomitych Polaków, lecz także licznego grona zwykłych obywateli Warszawy. Z czasem Powązki nabrały charakteru cmentarza elitarnego, przeznaczonego głównie dla bogatych mieszkańców nadwiślańskiego grodu. Widać to między innymi w przepysznej architekturze cmentarnej, która nadal wzbudza podziw zwiedzających cmentarz.

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH W MEKSYKU

31 października do domu lub na patio wnosi się tzw. ofiarę, przeznaczoną dla dusz zmarłych. Rodziny spotykają się na wspólnej kolacji. Na ścianie pokoju zawieszane są obrazki świętych, a pod nimi ustawiany stół przykryty obrusem, na którym umieszcza się lichtarze ze świecami, figurki świętych i aniołków, wazony z kwiatami oraz naczynia z potrawami, a na kwietnym łuku zawiesza owoce i słodycze. Jest to pokarm dla dusz, które po przebyciu długiej drogi z zaświatów będą bardzo głodne. Według wierzeń są niewidzialne i żywią się tym, czego nie widać - woniami i fluidami czekających na nie potraw.

Zgodnie z wierzeniami, na ziemie najpierw przybywają dusze zmarłych dzieci, zwane aniołkami. Na stole Meksykanie stawiają więc to, co lubią dzieci: słodkie napoje, na przykład czekoladę czy przypominające nasz budyń atole, ugotowane kolby kukurydzy i tak dalej. Aniołki odchodzą z domów następnego dnia, zwykle w południe, co również oznajmiają kościelne dzwony. Zbliża się czas przybycia dusz dorosłych, należy wiec zmienić ofiarę, ustawiając na stole przysmaki dorosłych. Pozostają owoce, czaszki z cukru i inne słodycze oraz napoje gazowane, bo w nich także gustują dorośli. Dostawia się natomiast popularnego w całym Meksyku indyka lub kurczaka w mole - pikantnym sosie czekoladowym, a także tortillas i tamales, wypełnione ostro przyprawionymi farszami, czy specjalnie przygotowaną wieprzowinę. Nie może również zabraknąć papierosów i napojów alkoholowych oraz wódek (tequila i mezcal). Na koniec zapala się kadzidło i każdemu ze zmarłych jedną dużą święcę. Gdy rodzina pragnie w szczególny sposób uczcić pamięć jakiejś osoby, wtedy - podobnie jak w wypadku dzieci - stawia jej fotografie, a w pobliżu ołtarzyka zawiesza rzeczy należące do zmarłego.

1 listopada po południu rodziny udają się na cmentarze, aby ozdobić groby kwiatami i charakterystycznymi wieńcami z liści palm. Dbałość o grób to honor żyjącej rodziny. W dzień zaduszny przynosi się pokarmy, przy grobach znajdują się zabawki, ubranka, buty zmarłych. Pobyt na cmentarzu to nie tylko wspominanie tych, co odeszli, to również długie rozmowy z krewnymi i znajomymi oraz okazja do ponownego kontaktu ze zmarłymi, polegającego na prowadzeniu rozmów z nimi czy śpiewaniu ich ulubionych piosenek. Wieczorem wszyscy ponownie przybywają na cmentarz i zapałają świece. Zbliża się czas odejścia dusz zmarłych - blask migoczących świec i zniczy oświetla im drogę powrotną. W nocy cmentarz powoli pustoszeje.
Prawie 90% mieszkańców Meksyku jest wyznania rzymskokatolickiego. Dominacja tej religii jest bardzo znacząca, zważywszy trudną historię Kościoła katolickiego w Meksyku, szczególnie w dwóch ostatnich stuleciach. Kościół katolicki był obecny w Meksyku od samego początku hiszpańskiej konkwisty.

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH W JAPONII

13 sierpnia, rozpoczyna się w Japonii święto bon obchodzone ku czci duchów zmarłych, które przybywają do swoich rodzin, witane latarniami zapalanymi u progów domów.

Na domowych ołtarzykach buddyjskich czekają na zmarłych ofiary. Duchy przebywają z rodzinami do 15 sierpnia, po czym są odprowadzane za pomocą "ogni pożegnalnych" - okuribi. W niektórych rejonach Japonii okuribi przyjmują formę łódeczek z ofiarami i latarenkami, puszczanymi nocą na rzekę - efekt jest podobny do polskiego puszczania wianków. Dla uczczenia zmarłych na dziedzińcach świątyń, czasem także na ulicach miast, odbywają się rytualne tańce zwane bon-odori. Na okres święta bon Japończycy biorą zazwyczaj urlopy i wyjeżdżają do swoich rodzinnych stron, by odwiedzić groby przodków, co powoduje wprost niewyobrażalne korki na autostradach.

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH U LUTERANÓW

U luteranów nie ma kultu zmarłych, lecz kultywowana jest stała pamięć i troska o groby zmarłych. Przy wielu luterańskich nekropoliach znajduje się dom, w którym mieszka gospodarz opiekujący się cmentarzem.

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH U KALWINÓW

Kalwini polscy dostosowali pamięć o zmarłych do polskiej tradycji, gromadząc się w Dzień Zaduszny w cmentarnej kaplicy na okolicznościowym nabożeństwie.

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH U ŻYDÓW

Żydzi wspominają zmarłych w rocznice śmierci, kiedy zapalają specjalna świece jorcajtowa i odmawiają modlitwę: "Boże pełen miłosierdzia" lub tradycyjny kadisz. W rocznice śmierci słynnych rabinów i cadyków umieszcza się na ich grobach karteczki z prośbami o wstawiennictwo.

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH NA SŁOWACJI

Na Słowacji w zaduszkowa noc zostawiano na stole chleb lub inne potrawy.
Ludzie chcieli w ten sposób uczcić zmarłych, którzy mieli w tym czasie przychodzić do domu. Nasi przodkowie dekorowali grób matami i zapalali świeczki.
Kto nie mógł iść na cmentarz, zapałał w domu dla każdego zmarłego z rodziny po jednej świeczce.

UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH W WIELKIEJ BRYTANII

Brytyjczycy wrzucają do ogniska kamienie, warzywa, orzechy, by odgonić złe duchy.
Ludzie robili też zagłębienia w rzepie i dyni i wstawiali świece, by odgonić złe duchy z domu.

piątek, 31 października 2008

piątek, 18 kwietnia 2008

Od rana do wieczora.

Kochany Pamiętniku! 18.04.2008

Ja wiem, że opowiadanie o moim życiu codziennym jest dosyć nudne, ale mimo tego postanowiłam podzielić się z Tobą moimi przeżyciami. Więc zacznijmy od rana. Wstaję o godzinie 6.20. Wiem, że to strasznie wcześnie, ale mam dosyć daleko do szkoły. Po tym, jak siłą zwlekę się z łóżka, krzyczę na mój budzik. To nie jest do końca normalne, ale co zrobić, kiedy jest się zaspanym i nie wie się co robi. No więc następnym moim celem jest łazienka. W łazience wykonuje podstawowe czynności poranne takie jak : mycie zaspanych oczu i twarzy, mycie zębów, czesanie się itd.
Nic na to nie poradzę, że jestem dziewczynką…

Jak to każda dziewczyna w łazience potrafię spędzić nawet pół godziny. Nic na to nie poradzę, że jestem dziewczynką, a w końcu muszę ładnie wyglądać. Po wykonaniu czynności „łazienkowych” biorę się za ubieranie. Zanim się ubiorę minie trochę czasu. Wiesz jak to jest, jak staje się przed otwartą szafą, z której wysypują się ubrania i nie wiesz co na siebie założyć. Dla dziewczyny w moim wieku to naprawdę trudne. Boże, nie powiedziałam ile mam lat. Gapa ze mnie.. No, ale jak już weszliśmy na ten temat, to mam 14 lat. Chodzę do pierwszej klasy gimnazjum. Może nie jestem bardzo lubianą osobą w klasie, ale wcale się tym nie przejmuję. Staram się żyć dalej i na razie jakoś mi to wychodzi, choć przyznam, że miewam małe załamania.

…jak ja kocham mojego psa.

Każdego ranka, kiedy już się ubiorę, wychodzę z psem na spacer. Jak ja kocham mojego psa. Jest to malutki kundelek z długą i puszystą sierścią. Po udanym spacerze, siadam przy komputerze. Każdego ranka, sprawdzam pocztę i czasem jeszcze coś piszę. Kiedy skończę, zazwyczaj jest godzina 7.00. Wtedy zostaje mi dziesięć minut do wyjścia, więc co robię? Pakuję się do szkoły. Wiem, że to dziwne, że zamiast pakować się wieczorem, robię to rano, ale tak to już jest, kiedy w godzinach wieczornych nie mam czasu. Po spakowaniu zostają mi już tylko ostatnie poprawki w wyglądzie.
Jakaś pomadka, spinka…

Jakaś pomadka, spinka i koniec. No i oczywiście najpierw jeszcze pakuję mundurek, w którym muszę codziennie chodzić po szkole. Wcale nie jest mi to na rękę, ale co zrobić. Wychodzę z domu o godzinie 7.10. Myślisz pewnie, że zapomniałam napisać o śniadaniu. Otóż, nie jem śniadań. Dlatego właśnie mam anemię. W ogóle mało jem, ale jeśli nie mam apetytu, to nie będę przecież w siebie wmuszać. To byłoby nieprzyjemne. Cóż, taka już jestem, ale musisz się do mnie przyzwyczaić, bo to właśnie ja będę pisać w tym pamiętniku. Nikt inny.
Idąc sobie w spokoju na przystanek autobusowy w celu dojechania do szkoły, słucham muzyki.
…jestem od niej uzależniona.
Jestem od niej już uzależniona. Mogę słuchać i nigdy mi się nie nudzi. Po dojściu na ten nieszczęsny przystanek czekam na autobus, który dość szybko się zjawia. Jazda nim zajmuje mi jakieś 20 minut (mówiłam, że mam daleko do szkoły ). Potem dochodzę jeszcze kawałek. Po zmianie butów w szkole i przebraniu się idę z koleżankami pod klasę.
Często moją pierwszą lekcją jest matematyka. Jak ja nie znoszę matematyki. Kiedy nauczycielka wywołuje mnie do tablicy, cała drżę. Naprawdę się jej boję. Jest surowa i nie daje mi spokoju, jakby się na mnie uwzięła. Może tak jest, nie wiem. Po ledwo przetrwanej matmie idę na następną lekcję. Szkoła jest tak wielka, że chociaż chodzę do niej już całkiem długo i tak się gubię. Na przerwie zazwyczaj rozmawiam z koleżankami i kolegami, lub przyglądam się z zaciekawieniem trzecioklasistom.
Odstawiają jakieś głupie akcje…

Niby to odstawiają na przerwach dosyć głupie akcje, to i tak są mądrzy. No dobra, tylko niektórzy. Lekcje mijają mi dosyć melancholijnie. Nawet na WF–ie czas wolno się toczy. Chyba, że gramy w siatkówkę, wtedy pędzi nieubłaganie.
Kocham siatkówkę i badmintona. To moje dwie życiowe miłości, oprócz mojego pieska oczywiście. Chłopaka nie mam, ale nie będę o tym opowiadać, bo to głupia i nudna historia. No więc, kiedy skończę lekcje i zejdę do szatni, przebieram się i wychodzę ze szkoły. Kiedy wyjdę za drzwi szkoły czuję dziwną ulgę, a kiedy do niej wchodzę mam ochotę zawrócić się do domu. To chyba nie jest dziwne. Wracając ze szkoły oczywiście, słucham muzyki. Kiedy tylko otworzę drzwi do domu, na szyję rzuca mi się mój ukochany piesek. Najczęściej robi tak, bo chce się przywitać, albo wyjść na dwór. Jednak częściej wybiera drugą opcję. Po udanym spacerze, jem obiad. Mój ulubiony obiad składa się z ziemniaków, kurczaka i jakiejś dobrej sałatki.
…rozmawiam z rodzicami.

Potem chwilę rozmawiam z rodzicami, którzy zazwyczaj równo ze mną wracają z pracy. Następnie przesiaduje w swoim pokoju, odrabiając lekcje. Najgorzej odrabia mi się lekcje z matematyki. Są bardzo trudne i skomplikowane. Najchętniej odrabiam polski. Bardzo lubię uczyć się swojego języka. Interesuje mnie głównie pisanie opowiadań, listów, kartek z pamiętnika. Gramatyki nie znoszę. Ale mniejsza. Tego to chyba nikt z uczniów mojej klasy nie lubi.
Po odrobieniu lekcji najczęściej dzwonie do mojej przyjaciółki – Iwony i umawiam się z nią na jakiś spacer albo wędrówkę po centrum handlowym. Nie jestem typem dziewczyny, która musi mieć wszystko, co modne. Ja tylko lubię czasem się odstresować, a zakupy są na to najlepszym sposobem. Kiedy Iwona nie może wyjść, bo jest zajęta czymś innym, oglądam filmy. Kocham horrory, jednak nie zawsze mogę je oglądać, bo moi rodzice za nimi nie przepadają. Zawsze coś im nie pasuje. Po niezbyt udanym seansie, jem byle jaką kolacje, lub w ogóle jej nie jem. Pozostaje mi tylko umyć się i przebrać do spania. Ścielę sobie łóżko i kładę się z jakąś dobrą książką. Najchętniej czytam książki Rafała Kosika. Są świetne i na czasie. Potrafię zaczytać się i nie spać do pierwszej w nocy. Jednak czasem mam dni, w których zasypiam dosyć szybko i to jest właśnie taki moment.
Już ziewam…

Już ziewam i oczy same mi się zamykają. Życzę tylko dobrej nocy i dziękuję Ci, że wysłuchałeś opowieści o jednym dniu zwykłej gimnazjalistki, którą jestem ja.
Iga

niedziela, 23 marca 2008

I kto by pomyślał? cz.2

Wewnętrzna kontuzja

Od samego rana mi się nie układa. Ten dzień nie zapowiada się dobrze. Wczoraj przeżyłam szok termiczny, który oczywiście związany jest z Mateuszem, a dziś… Wstałam z łóżka i jak każdego dnia rano, poszłam do łazienki, ale się do niej nie dostałam, bo była tam już mama.
- Mamo wyłaź! Ja też potrzebuję wejść do łazienki! – Krzyknęłam rozdrażniona.
- Nie. Teraz to ja sobie trochę posiedzę i zobaczysz, jak to jest czekać na kogoś pół godziny pod drzwiami! – Usłyszałam.

Sięgnęłam po jogurt… (…) O nie, był przeterminowany!

No ładnie. Mama chce wojny. Poszłam do kuchni, ale byłam tak wkurzona, że nie udało mi się nawet zrobić kanapki. Odpuściłam sobie i sięgnęłam do lodówki po jogurt wieloowocowy. Wypiłam go i niechybnie spojrzałam na opakowanie. O nie. BYŁ PRZETERMINOWANY! Zdawało mi się, że coś jest nie tak, miał taki dziwny posmak i smakował jak stare ziemniaki, ale byłam głodna, więc nie zwracałam na to uwagi. Kurde, już mnie mdli. Mam nadzieję, że nie spędzę całego dnia w łazience, wymiotując. Tego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi. Poszłam do swojego pokoju, by się ubrać. Nie zajęło mi to dużo czasu, bo założyłam byle co. Nie zamierzałam nigdzie wychodzić. W ogóle to pomyślałam sobie, że jak rodzice pójdą do pracy, to zaproszę Paulinę do siebie i obejrzymy jakieś romansidło na DVD. Póki co, to poszłam do tej łazienki, z której przed chwilą wyszła mama. Zlitowała się nade mną. Byłam w niej jakieś piętnaście minut. Nowy rekord. Zazwyczaj bywam tam o wiele dłużej. Włączyłam komputer i napisałam Paulinie wiadomość, że chcę, by do mnie przyszła. Ona napisała, że przyniesie jakiś film. Umówiłyśmy się na 16.00. Obecnie była godzina 13.00. Mój tata wstał jakieś pół godziny temu. Poszłam więc do kuchni i usiadłam przy stole, gdzie on już siedział. Mamy nie było, bo wybrała się do kosmetyczki.
- Wiesz Diana, Twoja mama mnie zrujnuje, chodząc ciągle do tej kosmetyczki – powiedział tata z grymasem.
Zaśmiałam się lekko i odpowiedziałam:
- Tato, przecież to tylko kobieta. Trzeba było o tym pomyśleć, zanim wzięliście ślub – zażartowałam.
- Masz rację… Nie przemyślałem tego. Dobrze, że Ty nie chodzisz tak często do kosmetyczki, fryzjera i wszelkich innych specjalistów.
- Tato, poprawka. Do kosmetyczki nigdy nie chodzę! A co do fryzjera, to może czasem. Przecież nieraz trzeba.
- No fakt. Wiesz, w dzisiejszej gazecie nie ma nic ciekawego. Raczej to, co zwykle. Chyba przestanę kupować gazety. Są bezużyteczne, tylko zajmują miejsce w śmietniku. A wiadomości mogę obejrzeć w telewizji.
- Tato, Ty nie masz czasu na telewizję. Wstajesz późno, jesz śniadanie i już musisz iść do pracy, a potem jak przychodzisz, jesteś strasznie zmęczony i nie masz siły na oglądanie telewizji.
- Masz rację. Mam mądrą córkę. No dobra, nie będę Ci tak pochlebiać, bo za bardzo się przyzwyczaisz – powiedział tata z szyderczym uśmiechem.
- Rzeczywiście bardzo śmieszne tato – zakończyłam rozmowę i wyszłam z kuchni.

…i nuciłam sobie pod nosem…

Poszłam do salonu i tylko minęłam mamę, która najwyraźniej szła do taty. Wróciła od „specjalisty”. Usiadłam na sofie i włączyłam telewizor. Wybrałam kanał muzyczny i oglądałam. Przez chwile były naprawdę fajne klipy i nuciłam sobie pod nosem, ale to nie trwało długo, bo późniejsze teledyski nie były interesujące. Co ja na to poradzę, że niektórych wykonawców strasznie nie lubię. Być może dlatego, że zależy im tylko na pieniądzach i sławie, a swoje rodziny zostawiają na pastwę losu. Może i tworzą fajną muzykę, ale mają pusto w głowach.

Pytała, jak bawiłam się na imprezie…

Wyłączyłam pudło zwane telewizorem i poszłam do siebie. Wzięłam swój telefon i zauważyłam, że dostałam wiadomość. Odczytałam. To od Kaśki. Pytała, jak się bawiłam na jej imprezie. Oczywiście napisałam, że dobrze. Nie mogłam napisać prawdy, że byłam przygnębiona, a potem jej chłopak odprowadził mnie do domu, bo byłaby zła i zaczęłaby węszyć. Tego bym nie chciała. Chciałam sprawdzić coś w Internecie, ale się popsuł… O nie. Chyba znowu będę gościć kolejną ekipę naprawczą. Mam bardzo zły humor. Czuję jakbym przeżywała wewnętrzną kontuzję w mózgu. W dodatku mama powiedziała mi, że mam wyjść na dwór z psem sąsiadów, bo oni wyjechali i będą wieczorem. Tego jeszcze brakowało. No, ale cóż, pomyślałam, że może podczas spaceru uporządkuję jakoś myśli.
Nie udało się. Ten pies jest jakiś dziki! Jak spuściłam go ze smyczy to biegał jak oszalały. Raz w jedną stronę, raz w drugą. Jezu, czym oni go karmią?! Nie chcę wiedzieć. Postanowiłam, że będę już wracać. Kiedy byłam już w domu, rodziców już nie było, a na stole w kuchni leżała karteczka zaadresowana do mnie. To rodzice napisali, że wyszli już do pracy i będą jak zwykle wieczorem. Pomyślałam, że poczytam trochę książkę. Poszłam do pokoju i usiłowałam ją znaleźć, ale mi się nie udawało. Kurde, nie wiem, gdzie się zapodziała, szukałam wszędzie! Jak ma mam się nie denerwować, skoro w tym domu nie da się żyć. Miejmy nadzieję, że sytuacja się polepszy, jak przyjdzie Paulina. Powinna być za godzinę.

Mieszka za miastem i ma na imię Agnieszka…

Poszłam do łazienki i ogarnęłam się trochę. Nie było to łatwe, bo moja fryzura przypominała wybuch bomby atomowej w Hiroszimie. Wyprostowałam włosy i zadzwoniłam do swojej kumpeli, która mieszka za miastem i rzadko się z nią spotykam. Ma na imię Agnieszka. Jak zwykle spytałam, jak się trzyma, czy jest zdrowa i przede wszystkim co u niej nowego. Powiedziała, że aktualnie wyjechała do babci, do Gdańska, ale w wakacje przyjedzie do mnie, do Warszawy. Ucieszyłam się, a na dzień dzisiejszy uśmiech na mej twarzy był nie lada osiągnięciem. Rozmawiałam z Agą czterdzieści minut. Tak bywa, gdy ma się darmowe rozmowy do wybranych osób. Co będę sobie żałować.
Przyszła Paulina. Zrobiłam popcorn, który leżał w mojej szafce już dobre dwa tygodnie, ale nie był przeterminowany, sprawdzałam. Kiedy stawiałam gotowy popcorn na stoliku w salonie, zrobiło mi się nie dobrze. To chyba ten poranny jogurt przypomina o swoim istnieniu. Przeprosiłam Paulinę i poprosiłam, by włączyła film, a sama pobiegłam, niczym struś pędziwiatr do łazienki. Zachciało mi się wymiotować. Wiedziałam, że tak będzie. Od dziś zawsze będę patrzeć na każde opakowanie. Jogurtom nie można ufać. Jakoś doprowadziłam się do porządku i opowiedziałam Pauli o tym, co dziś zjadłam. Zaczęła się śmiać. Dla mnie to chyba nie było śmieszne, ale dla niepoznaki też się śmiałam.

…gapiłam się w telewizor z maksymalnie otwartymi oczami.

Zaczęłyśmy oglądać film. Nie znałam tytułu, bo mnie nie obchodził. Zawsze, gdy oglądam film, to skupiam się na jego treści, nie na tytule. Ten romans od razu był wciągający. Jadłam z przyjaciółką popcorn i gapiłam się w telewizor z maksymalnie otwartymi oczami. Jak to w każdej love story, on kocha ją, ale ona go zdradza i on zamierza popełnić samobójstwo, ale ona go przeprasza i są razem szczęśliwi. Podstawowa historia. Na końcu filmu był długi pocałunek, między dziewczyną z biednej rodziny, a bogatym szlachcicem. To o nich był ten film, cudowna para. Niestety dobiegł końca. Była godzina 18.00. Sprzątnęłyśmy razem i usiadłyśmy na sofie. Paulina spojrzała na mnie, a ja od razu wiedziała, że chciała spytać mnie o Mateusza. Od razu postanowiłam odbiec od tematu, bo nie chciałam o nim rozmawiać.
- Wiesz, dziś miałam bardzo zły dzień… Od rana byłam zdenerwowana i nic mi nie wychodziło. Dobrze, że przyszłaś, trochę poprawił mi się humor – podziękowałam przyjaciółce, jednocześnie omijając temat o nazwie „Mateusz”.
- Spoko, nie ma sprawy. Ja dziś rano posprzeczałam się z rodzicami, więc dzień również nie był za dobry. Zawsze możesz na mnie liczyć – powiedziała.

…postanowili, że zabiorą mnie na stok.

Podziękowałam jej za te słowa i zatopiłyśmy się w rozmowie na temat mojego wyjazdu w góry. Rodzice postanowili, że zabiorą mnie na stok. Polemizowałyśmy na ten temat dosyć długo, aż Paulina zorientowała się, że musi już iść. Powiedziała mi tylko, że idzie jutro spotkać się z tym chłopakiem, który na imprezie u Kaśki, poprosił ją do tańca. Randka miała odbyć się o 15.00. Kazałam jej zadzwonić do mnie od razu po spotkaniu. Życzyłam jej powodzenia i za chwilę przyjaciółka zniknęła za drzwiami. Ja sama położyłam się na sofie i moje myśli powędrowały w kierunku Mateusza. Długo o nim myślałam. Nie wiedziałam, kiedy go zobaczę i w ogóle, czy się spotkamy. W głębi serca miałam nadzieję, że on mnie lubi, ale hamował mnie fakt, że on jest chłopakiem Kaśki, a ona nienawidzi, jak odbija jej się facetów. Potem wyobrażałam sobie randkę Pauli z tym chłopakiem. Ma na imię Adrian. Z zamyśleń wyrwał mnie telefon. Dzwoniła do mnie mama i powiedziała, żebym zmyła naczynia, bo będzie za godzinę. Niechętnie się zgodziłam, ale nie miałam nic lepszego do roboty.



Jestem boska.

Szybko pozmywałam i nawet poukładałam na miejsce buty mamy, które nadal leżały na podłodze. Jestem boska. Czasem muszę sobie pochlebić, tak to już jest. Właśnie oglądałam jakiś film akcji w telewizji, gdy do domu weszła mama. Miała dobry humor i chyba nie była bardzo zmęczona. Przygotowała sobie coś do jedzenia i przyłączyła się do mnie. Narzekała, że tata nie wrzuca swoich skarpetek do kosza z brudną bielizną, tylko zostawia je pod łóżkiem. Boże, Ci rodzice to mają problemy. Powiedziałam mamie ironicznie, żeby poważnie porozmawiała z tatą na ten temat, bo tak dłużej nie może być. Ona się tylko zaśmiała i przełączyła na kanał muzyczny. Zawsze tak robi, gdy w dobrym humorze wraca z pracy. Wtedy śpiewa sobie pod nosem. Byłam już trochę śpiąca i powiedziałam mamie, że idę się położyć, a ona stwierdziła, że zaczeka aż tata wróci i porozmawia z nim na temat skarpetek, a jeśli to nie pomoże, to zrobi mu w nocy pranie mózgu. Ależ ona śmieszna. Czasem to aż płakać się chce. Przebrałam się, odwiedziłam łazienkę i poszłam spać. W nocy śniło mi się… a z resztą nieważne. Znów dostanę naganę, że za bardzo się rozmarzam.